czwartek, 8 grudnia 2016

Gdzie na wyprawę rowerową w 2017?

Gdy pierwszy raz zacząłem pisać ten post był początek lipca. W planach mieliśmy wyjazd na południe Europy, oczywiście z naszymi odpicowanymi rowerami z sakwami, którymi chcieliśmy przejechać przez dzikie zakamarki pasma Rodopów. Życie jednak inaczej podyktowało ten czas i z planu nici.

Tym czasem za oknem już prawie zima. Okres, gdy na miejskich i leśnych ścieżkach rowerowych zostali najwytrwalsi. Mój Cube wisi na haku i czeka, aż mój organizm zaakceptuje panującą za oknem aurę. Póki co strasznie marznę :/ Ale nie o pogodzie miał być ten wpis.

Przez ostatnie kilka lat grudzień był okresem, gdy w mojej głowie rodził się nowy kierunek letniej wyprawy rowerowej. Mimo iż w tym roku licznik rowerowy trochę wolniej łyka kilometry to żyłka planowania i wymyślania wciąż jest żywa! W mojej głowie rodzą się już pomysły na przyszłoroczny wyjazd.

Gdzie na wyprawę rowerową?

Uważam, że by wyprawa była ciekawe musi być niepowtarzalna. Nie podążajmy niczyją drogą w 100%. Czerpmy pomysły, ale nie kopiujmy. Wyznaczmy sobie własny cel. Nasza zeszłoroczna wyprawa na Islandię zakładała przejechanie przez interior. Nie byliśmy pierwsi którzy pokonali tą trasę, ale byliśmy pierwsi w 2015 roku, którzy przejechali ją z północy na południe jeszcze przed otwarciem głównej drogi. Dla nas było to wyzwanie logistyczne. Pięciodniowy przejazd przez wulkaniczne bezdroża, z zapasem wody, jedzenia i nie do końca znaną sytuacją na temat przejezdności dróg sprawiła, że mimo wątpliwości czy "droga będzie przejezdna" czy "nie zakopiemy się w śniegu lub błocie" wyprawa na Islandię spełniła oczekiwania myślę każdego z nas. Dla nas był to cel i nasz Everest 2015 ! Sprawdziliśmy siebie, poznaliśmy swoje mocne i słabe strony, zrealizowaliśmy wspólny cel!

Nie ważne gdzie ważne z kim.

W moim wypadku wyprawa rowerowa to czas "wyrwany" z urlopu jaki przysługuje mi z racji zatrudnienia na pełen etat. W wymarzonym świecie odwróciłbym proporcje praca-urlop, ale świat nie jest idealny ;) Dlatego planując go razem z ekipą zawsze zaczynamy od burzy mózgów. Każdy mówi, gdzie chciałby pojechać i dlaczego. Każdy z Nas ma inny cel, każdy ma inny Everest, myślę że trochę inną motywację,  ale główny cel jest jeden - zobaczyć kawałek świata z rowerowego siodełka. Osobiście lubię wyznaczyć sobie cele mające znamię "wyzwania". Nakręca mnie do skrupulatnych przygotowań. Zarówno tych fizycznych jak i logistycznych. Wspomniany etat często bywa rutyną dlatego też dobrze mieć w życiu hobby, które jest odskocznią od monotonii dnia codziennego.

Także kiedy i gdzie na wyprawę rowerową w 2017 roku?

Jako, że uwielbiam planowanie mój prywatny kalendarz często wypełniony jest terminami na kilka miesięcy w przód. Rok 2017 nie będzie łatwy, kalendarz mam wypełniony póki co do października, na szczęście są to głównie weekendy. Pierwszy przybliżony termin na rowerowe hopsa hopsa wpisałem sobie pod koniec kwietnia, także ten teges, trzymam kciuki!

W przypadku wyprawy rowerowej planowanie zaczynam od miejsca. Mam w głowie kilka takich, które chciałbym odwiedzić, ale nie jest to zamknięta lista. Inspiracją do kierunku wyprawy są często osiągnięcia innych podróżników, aktualne wpisy na blogach, artykuły oraz książki podróżnicze, które potrafią dodać skrzydeł. Czasem zajrzę też do planów innych osób i grup, te bywają na prawdę przeróżne :)

Niedawno zdałem sobie sprawę, że kilka z wypraw które do tej pory planowałem lub uczestniczyłem opisane są w jednej z książek, którą dostałem kilka lat temu w prezencie urodzinowym. Co więcej z dedykacją bym znalazł swój wymarzony kierunek podróży. Pomogło mi to już nie raz, dziękuję !



Były zatem gejzery, Thorong La Pass, Wydmy Chigaga, Fiordy i wiele innych. Bystre oko na pewno bez trudu zauważy zaznaczoną stronę w książce, ktoś odważy się zgadnąć cóż to takiego? :)
  
Gdzie i kiedy poniosą mnie rowerowe koła w 2017 roku? Czy życie nie będzie miało innego planu na to co teraz mam w głowie? Tego nie wiem. Wiem, że mam cel i motywację, a 90% sukcesu leży w głowie i pozytywnym nastawieniu. Reszta to szczegóły :) A dlaczego nie zdradzam co chodzi mi po głowie? By nie zapeszać, ahoj przygodo!
 

wtorek, 17 maja 2016

Kaszubska Włóczęga 2016 - relacja


Rowerowy rajd na orientację? Czemu nie, do tej pory nasze rowerowanie skupiało się głównie wokół własnych tras wyznaczonych wcześniej w domu lub eksploracji nowych leśnych ścieżek. Jakiś czas temu w Marcina głowie zrodził się pomysł startu w rajdzie na orientację Kaszubska Włóczęga

Sama formuła rajdu jest nam dobrze znana. Każdy z nas ma na swoim koncie liczne starty w pieszych rajdach z mapą lecz nigdy do tej pory nie łączyliśmy mapy i roweru.

Wybraliśmy start na trasie o długości 50 km. Dystans liczony przez budowniczych tras po najkrótszych drogach więc od umiejętności nawigacyjnych zależy ostateczna długość trasy. Zanim postawiliśmy koła na linii startu musieliśmy na niego dotrzeć co tym razem sprawiło nam wiele uśmiechu na twarzy :)

Rozważaliśmy trzy opcje transportu:

  • pociągiem - tu było ryzyko, że więcej osób wybierze tą drogę i podczas przesiadki w Tczewie konduktor nie wpuści wszystkich do drugiego pociągu,
  • pociągiem & rowerem - na wypadek jakbyśmy jednak w Tczewie nie dostali się do pociągu czekałoby nas 50 km jazdy rowerem,
  • samochodem.
Wybraliśmy opcję trzecią, również z racji wyjazdu z Gdańska dopiero o godzinie 19:30.

Trzy osoby, trzy rowery, jeden osobowy samochód. Nie do końca zgodnie z przepisami, bo z lekko zasłoniętą tablicą rejestracyjną ruszyliśmy ku przygodzie :D


Nasza przygoda zaczęła się już na trasie. 30 km od domu w drodze do Ocypla, gdzie odbywała się tegoroczna włóczęga czekał nas przymusowy postój.W naszym pędzidle podczas wyprzedzania odpadła środkowa część tłumika :/

Szczęście w nieszczęściu, podczas próby podwiązania tłumiku przy pomocy druty zatrzymał się obok nas Piotr, wtedy był jeszcze obcą dla nas osobą, której imienia nie znaliśmy. Przez chwile przypatrywał się co wyprawiamy po czym zapytał gdzie jedziemy, co się stało i zaproponował nam swoją pomoc.
Tego się nie spodziewaliśmy! Trafiliśmy na mechanika, którego warsztat był 50 metrów od drogi, miał podnośnik, spawarkę i umiejętności! Mega fart dla nas! Miło, że są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie! Podczas naprawy okazało się, że Piotr także jest rowerzystą i gdyby wcześniej wiedział o rajdzie na który jechaliśmy również stawiłby się na linii startu.


Pospawani i już bez sportowego dźwięku ruszyliśmy w dalszą podróż :)

Po dotarciu do do bazy rajdu odebraliśmy klucz od domku, zjedliśmy szybką kolację i po długiej rozmowie o życiu i śmierci poszliśmy spać. Oczywiście nie obyło się bez toastu za 400setną fankę, o którym pisaliśmy w dniu wyjazdu :)


Sobotni poranek zaczęliśmy pobudką o godzinie 8:30. Nie chciało nam się wstawać, ale emocje ze zbliżającego się rajdu szybko postawiły nas na nogi. Odprawa, komunikaty startowe, szkolenie z mapy i start!

O 10:30 odebraliśmy mapy oraz kartę startową. Garmin wylądował w plecaku i służył tylko do zapisu tracka, który po powrocie pięknie zaprezentował się na mapie, ale o tym później.


Trasa wymagała odnalezienia i potwierdzenia 14 punktów, które zlokalizowane były na pomostach, rowach, mostach, wieży ciśnień i innych malowniczych, charakterystycznych i ciekawych miejscach kociewskiej okolicy. Lecz po kolei.

Kilka pierwszych minut po otrzymaniu mapy poświęciliśmy na zapoznanie się z nią i ustalenie kolejności zdobywania punktów.

Na samym początku trasy nie byliśmy do końca pewni siebie. Co prawda wiele lat spędzonych w harcerstwie i na różnych rajdach sprawiły, że wiedzieliśmy co to mapa i jak wszystko działa. Niemniej ostatnimi czasy, papierową mapę zastępują nam różnego rodzaju urządzenia, które niestety "myślą" za nas.

Przez to, chcąc trochę przekombinować, już na pierwszym kilometrze napotkaliśmy na leśnym skrócie płot i trzeba było kawałek zawrócić. Na pocieszenie i małe usprawiedliwienie wraz z nami od płotu wracało kilka innych ekip.

Po początkowej przygodzie, z każdym metrem szło już coraz lepiej. Pierwsze dwa punkty odnaleźliśmy dość szybko. Były one łatwe do znalezienia. Pierwszy na ścieżce kładce, drugi na pozostałościach pomostu nad jeziorem. Pomost w bardzo kiepskim stanie, jedynie Radek zdecydował się na niego wejść.

Kolejne doświadczenie zdobyliśmy przy trzecim odwiedzonym punkcie. Po pierwsze znów chcieliśmy przekombinować, wybierając mało przejezdny skrót, zamiast wybrać niewiele dłuższą, ale równą i szeroką drogę. Na samym punkcie po raz pierwszy natknęliśmy się na "stowarzysza". Pierwotnie potwierdzony punkt okazał się nie być punktem mylnym. Na spokojnie przeanalizowaliśmy mapę, ukształtowanie terenu i opis punktu, co doprowadziło do odnalezienia właściwego.

Trasa do kolejnego punktu była szybka i przyjemna. Nadgoniliśmy stracony czas na szukanie tamy bobrów z punktu poprzedniego. Sam punkt zlokalizowany był na podmokłej łące, gdzie znów chwila na zastanowienie, który punkt jest tym właściwym. Na szczęście tym razem dajemy sobie czas na zastanowienie i nie potwierdzanie "byle jakiego punktu na karcie kontrolnej".


Następne dwa punkty chyba nikomu nie sprawiły problemu. Pierwszy dokładnie przy trasie, na małym przepuście, kolejny "zadaniowy" przy kościele w Kasparusie.

Kolejny fragment trasy ponownie pozwolił nadrobić trochę czasu dzięki prostej, asfaltowej drodze. Ze znalezieniem punktu znów nie było problemów. Przy skręcie na ścieżkę do punktu napotkaliśmy kilka innych ekip. Punkt położony bardzo malowniczo, na końcu małego jeziorka, w ruinach starego młyna.

Jedyny minus to konieczność przedzierania się przez dość wysokie pokrzywy, co w krótkich spodenkach nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych.

W tym momencie trasa zrobiła się trudniejsza, szeroka do tej pory droga, zaczęła być coraz bardziej wąska i piaszczysta, a skręty w kolejne drogi nie aż tak oczywiste jak do tej pory. Jednak i z tym udało się nam poradzić. Przy kolejnym punkcie znów spotykamy sporą grupę rowerzystów. Sam punkt, zlokalizowany był na starorzeczu, do którego prowadziły dwie drogi. Pierwsza przez rzekę po spróchniałej kłodzie, druga przez dość bagnistą łąkę. Ostatecznie Radek zadecydował o wyborze drugiej opcji i przez kilkanaście minut przedzierał się, wraz z kilkoma innymi osobami, przez moczary. Skutek, jeden upadek i mokre buty, ale udało się i na karcie kontrolnej mieliśmy potwierdzony kolejny punkt!


Przed ruszeniem w dalszą drogę, ustaliliśmy, iż w tym momencie rezygnujemy z jazdy do punktu numer 10, gdyż istniało prawdopodobieństwo nie wyrobienia się w regulaminowym czasie.

Droga do kolejnego punktu to druga (i ostatnia) nasza pomyłka nawigacyjna na trasie. Przez pośpiech i nieuwagę, ominęliśmy jeden ze skrętów i zafundowaliśmy sobie drogę bardziej zapiaszczonymi ścieżkami.

Po zdobyciu kolejnego punktu, zlokalizowanego przy pomniku przyrody, wyjechaliśmy do miejscowości Wda. Tam dokupiliśmy wodę i patrząc na zegarek, zrezygnowaliśmy z kolejnego punktu oznaczonego numerem 6.

Po kilkunastu minutach, na 30 minut przed końcem regulaminowego czasu, docieramy do punktu na wiadukcie nieczynnej trasy kolejowej. Tam inna ekipa namówiła nas do zboczenia z zaplanowanej trasy i zdobycie jeszcze punktu numer 8 na starym moście kolejowym około 1 km dalej. Pierwotnie z braku czasu również tam nie planowaliśmy jechać, jednak ostatecznie opłaciło się.

Na ostatni punkt i powrót do bazy zostało około 20 minut. Na szczęście nie musieliśmy szukać leśnych dróg, gdyż wzdłuż linii kolejowej biegła ścieżka, na której mogliśmy dość mocno się rozpędzić.



Ostatni punkt zdobyliśmy na kilkanaście minut przed końcem czasu przy wieży ciśnień nieopodal nieczynnej stacji kolejowej w Ocyplu. Z tego punktu kręcimy ile sił w nogach przez wieś do bazy.

Ostatecznie, zmęczeni ale bardzo szczęśliwi, na mecie zjawiliśmy się około 7 minut przed końcem regulaminowego czasu.


Krótkie podsumowanie:

Mapa wraz z naniesionym trackiem poniżej.
  • przejechaliśmy 37 km,
  • potwierdziliśmy 12 z 14 punktów kontrolnych,
  • dwa razy lekko zboczyliśmy z trasy,
  • na mecie stawiliśmy się 7 minut przed końcem wyznaczonego czasu,
  • zdobyliśmy 137 punktów,
  • zajęliśmy 9 miejsce na 21 ekip na TR50.

Nam się podobało i już czekamy na #KW2017 !

Organizacyjnie bomba, bez spiny, wszystko czytelnie, na czas, trasa dobrze wyznaczona, punkty na mapie oznaczone czytelnie, punkty stowarzyszone rozstawione rozsądnie (chociaż przy punkcie 5 mieliśmy małą zagadkę, który wybrać-wybraliśmy ten bliżej mostu).

Inne ekipy spotkane na trasie uśmiechnięte, wesołe i pogodne. Widać, że również przyjechały przede wszystkim miło spędzić czas, pobawić się z mapą w terenie i nieco popedałować.

Dziękujemy za organizację, świetną zabawę i pogodę, które dopisała wyśmienicie :)


czwartek, 12 maja 2016

Planujemy się powłóczyć czyli Kaszubska Włóczęga tuż tuż !


W najbliższy weekend jedziemy na Kaszubską Włóczęgę. Każdy z nas ma na swoim koncie co najmniej kilkanaście startów w pieszych rajdach na orientację, dziennych, nocnych, dłuższych i krótszych. Nikt z nas jednak nie brał jeszcze udziału w wersji rowerowej. Rajd organizowany jest po raz jedenasty, lecz dla nas będzie to debiut. Zgłosiliśmy się na trasę rowerową o dystansie 50 km.

Pomysłodawcą i głównym spoiwem naszego uczestnictwa jest Marcin. To on od ponad miesiąca monitoruje całe wydarzenie. Dokonał zgłoszenia, dopilnował opłaty startowej oraz zarezerwował domek. Jedziemy dzień wcześniej by się zaklimatyzować i pospać nieco dłużej w dniu startu.

Pierwotny plan zakładał, że na linii startu stawiamy się w komplecie jako dwie drużyny. Niestety, wczoraj okazało się, że Tomek musi być w pracy. Jedziemy zatem we trzech, Marcin, Kuba i Radek, jako jeden patrol.

Zasady rajdu są proste:

  • stawiamy się na start z rowerami,
  • dostajemy mapę w skali 1:25 000 z zaznaczonymi punktami kontrolnymi,
  • możemy używać busoli/kompasu,
  • nie korzystamy z GPSa (poza rejestracją trasy, Garmin ląduje zatem w plecaku by nie wzbudzać niepotrzebnych scysji),
  • od momentu startu mamy 4 godziny 20 min na powrót do bazy, po tym czasie naliczane są punkty karne,
  • naszym zadaniem jest wyznaczenie optymalnej trasy i bezbłędne znalezienie punktów kontrolnych, następnie wracamy do bazy.
Brzmi banalnie prawda? :) Z doświadczenia jednak wiem, że najtrudniejsze w tego typu imprezach jest posługiwanie się mapą, orientacja w terenie oraz ustalenie priorytetów. Naszym celem jest odnalezienie wszystkich punktów lecz mapy nie zawsze są aktualne, nasz zmysł orientacji w terenie (mimo, że potrojony) może nas zawieść, dlatego też będziemy pilnować się wzajemnie. Ważne jest dostosowanie ewentualnych korekt trasy (a na rowerze można łatwo przegapić małe, leśne ścieżki) do czasu jaki pozostał do końca zabawy.

Nie można też walczyć za wszelką cenę, należy słuchać organizmu, dbać o odpowiednie nawodnienie i mieć zawsze w zapasie cukier, który podtrzyma zmęczony organizm.

Traktujemy to jako dobrą zabawę i przejażdżkę po lesie. Na pewno nie będziemy walczyć o złote kalesony i mam nadzieję, że nie spotkamy takich uczestników (co niestety zdarza się na takich imprezach). Mamy jeden cel: dobrze się bawić stosują się do regulaminu imprezy. :)

Co zabrać z sobą na taki rajd? Teraz mogę teoretyzować, mniej bądź bardziej trafnie, dlatego też wstrzymam myśl i napiszę po powrocie co znalazło się w naszych plecakach. O tym co było niezbędne, co mogłoby się przydać, a co było całkowicie zbędne.


poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Nie masz rowerowych planów? Skorzystaj z kalendarza wydarzeń i zobacz co robią inni


Chciałem się z Wami podzielić swoim odkryciem, które pod kilkoma względami ułatwiło mi życie nie tylko jako rowerzyście. Mam na myśli KIWIPortal – wyszukiwarkę wydarzeń, która codziennie dostarcza aktualną bazę wydarzeń z całej Polski. Znajdziecie tam setki propozycji spędzenia wolnego czasu z blisko 300 kategorii tematycznych: dom i rodzina, nauka i edukacja, muzyka, kultura i sztuka, sport i rekreacja, tradycje regionalne, hobby, turystyka i podróże.

Poza wyszukiwarką, wydarzenia rowerowe dostępne są na osobnej podstronie http://www.kiwiportal.pl/wydarzenia/rowery/. Tam z kolei można wybrać jedną z zakładek dotyczącą konkretnego regionu (np. http://www.kiwiportal.pl/wydarzenia/rowery/malopolskie) lub kategorii (np. http://www.kiwiportal.pl/wydarzenia/rowery/kolarstwo-mtb).

Na moje oko, KIWI jest prawdopodobnie najobszerniejszą bazą wydarzeń rowerowych, więc portal zaskoczy nawet stałych bywalców imprez kolarskich. Poza wydarzeniami sportowymi (np. maratony MTB), w KIWI są również imprezy turystyczne oraz te typowo miejski (masy krytyczne, pikniki, targi rowerowe itp.). Co prawda istnieje już kilka serwisów rowerowych, ale KIWI ma tę przewagę, że oprócz rowerów zapowiada też biegi, triathlonczy koncerty. Mnie zaciekawił kalendarz imprez turystycznych, na którym zresztą także znajdują się imprezy rowerowe.

Portal jest zaprojektowany tak, że pozwala na odnajdywanie wydarzeń na kilka różnych sposobów. Można skorzystać z wyszukiwarki, gotowych stron kategorii lub regionów albo z aplikacji mobilnej (dostępnej na trzy systemy operacyjne).

Interfejs użytkownika to już kwestia gustu. Mi spodobała się możliwość prezentacji wyników wyszukiwania na kilka sposobów: w formie prostej listy, kafelków lub mapy.

Po rejestracji można prowadzić prywatny kalendarz: wydarzenia do KIWI dodawane są ze sporym wyprzedzeniem, więc można zaplanować swój wolny czas.
KIWI to nowy projekt, ale jak sie dowiedziałem, ciągle trwają prace nad kolejnymi wersjami w celu poprawy interfejsu użytkownika, większej intuicyjności, działaniu na urządzeniach mobilnych. To wszystko po to, aby użytkownicy szukając wydarzeń - wszystko jedno - czy rowerowych, czy muzycznych - szukali ich na KIWI :).

poniedziałek, 15 lutego 2016

Kiedy najlepiej serwisować rower?

Poniższy wpis jest całkowicie subiektywny. Mam świadomość, że ilu rowerzystów tyle opinii. Tekst opieram o swój rower mtb, z takim a nie innym amortyzatorem, z takimi a nie innymi hamulcami, itd. Jednak nie chodzi mi o konkretne modele, a o samą zasadę serwisowania.

Uważam, że jeśli dbamy o rzeczy służą nam one dłużej. Banał? Prawdą jest, że "coś taniego" nigdy nie dorówna jakością "droższemu" odpowiednikowi?

Czy droższe rzeczy zawsze wykonane są z lepszych materiałów? Czy tańsze rzeczy skazane są na życie tylko przez jeden sezon? Czy droższe rzeczy będą służyły aż do rozpadu? Czy tańsze rzeczy są gorsze?

O tym i innych rozważaniach jakie pojawiają się od dawna w mojej głowie postaram się zwięźle odpowiedzieć poniżej.

Tytułowy serwis roweru podzieliłbym na dwie kategorie, małą i dużą.

Kategoria mała

Czyli wszystko to co nie wymaga specjalistycznej wiedzy serwisowej i możemy zrobić sami w domu.

Najczęściej ogranicza się to do dwóch czynności:

  • czyszczenie,
  • smarowanie.
Zwyczajne dbanie o czystość roweru, do której zaliczam głównie czyszczenie napędu. Jest to niezwykle banalna czynność, ale bardzo ważna. Często słyszę, że 

mój rower już się do niczego nie nadaje bo nie działają przerzutki i łańcuch chrzęści jak jadę.
Myślę sobie - straszne.
Pytam - czemu Twój łańcuch przypomina jednolite coś, co wygląda bardziej na gumowy pasek niż srebrny łańcuch z ogniwami?

Zarówno "tani" łańcuch do roweru jak i ten dwukrotnie droższy wymagają takiego samego czyszczenia. Jeśli czyścimy napęd po błotnej przeprawie przez las od razu po powrocie do domu, napęd posłuży nam o wiele dłużej. Wystarczy szmatka, woda, benzyna/nafta (coś co odtłuści i szybko odparuje). Na koniec smar (ja daję kropelkę na ogniwo) i gotowe :)
Oczywiście czyścimy również kasetę, kółka przerzutki oraz blaty.

To samo dotyczy goleni w amortyzatorze. Obłocone czy zapiaszczone golenie amortyzatora powodują, że niszczy się jego uszczelka. Brudna uszczelka = nieszczelny amortyzator = wycieki = korozja wewnątrz = szybsze zużycie amortyzatora. Dlatego warto utrzymywać golenie amortyzatora w czystości.


Błoto na ramie.
Niby nic strasznego. Czy słusznie? Obłocona rama wygląda kozacko. Świadczy o tym, że jesteś prawdziwym hardkorem, który gardzi miejskimi ścieżkami i wie co to prawdziwe używanie roweru. Oczywiście masz rację, choć gdy błotko zaschnie to przy kolejnej jeździe sypiesz się jak zardzewiały wigry 3, brudzisz sam siebie - oczywiście nie przeszkadza Ci to bo jesteś hardkorem. Generalnie nie jest to mega szkodliwe na działanie roweru, ale czysty rower wygląda ładniej, po to wybieramy kolor przy kupnie by był widoczny również następnego dnia ;)

Klocki hamulcowe. Pierwsza sprawa to bezpieczeństwo. Druga sprawa to, w przypadku hamulców tarczowych, to dbanie o tarczę, która może się wykrzywić i porysować, gdy okładzina w hamulcach się skończy. Poniżej zdjęcie jednych z moich klocków u kresu swej żywotności oraz nowa para wyjęta z pudełka, różnica kolosalna!


Woda dobra na wszystko?
Wiem, że wielu rowerzystów na samą myśl o samoobsługowej, samochodowej myjni ręcznej ma dreszcze na plecach. Sam co jakiś czas korzystam z takich myjni, lecz bez  włączania ciśnienia, zachowując kilkudziesięcio centymetrowy odstęp od roweru by nie wtłoczyć wody w piasty, korbę czy ramę. Jest to skuteczny sposób by pozbyć się błota z ramy, kół i napędu. Najważniejsze by po takim myciu nasmarować dobrze łańcuch.
Na zdjęciu w roli czyściciela Bynio, z którym rowerowanie zawsze kończy się na myjce :)


Kategoria duża

Tutaj zaliczam serwis pt "nie róbcie tego sami w domu". Oczywiście tylko jeśli nie macie wiedzy.

Pierwszy serwis amortyzatora wykonałem u kolegi. Sam tylko asystowałem, podawałem narzędzia i czyściłem wnętrzności ze smaru. Nie miałem o tym zielonego pojęcia wiec całość bacznie obserwowałem.


Hamulce.
W zależności jakie hamulce posiadasz tak je serwisujesz. Ja mam hamulce hydrauliczne, które kilka razy się zapowietrzyły. Przy okazji wymieniłem olej. Tutaj tak samo jak przy czyszczeniu amortyzatora skorzystałem z pomocy Bynia. 


Linki, pancerze, regulacja przerzutek.
Sprawne działanie przerzutek to nie tylko regulacja. To także wymienione co jakiś czas linki i pancerze. Jeśli nigdy tego nie robiłeś, masz sporo czasu i jesteś osobą, która lubi majsterkować wymiana zajmie Ci kilkadziesiąt minut. Trochę więcej zajmuje regulacja przerzutek, gdyż trzeba to robić od zera. Nie wystarczy wówczas podkręcić naprężenia linki przy dźwigni hamulca. Trzeba je ustawić na nowo. Do tego po kilkudziesięciu kilometrach linki będą wymagały ponownej regulacji.


Czy gdybym miał droższe przerzutki, droższą ramę i droższe pedały czyściłbym je mniej? Regularne czyszczenie roweru gwarantuje mniejsze zużycie części. Nie ważne ile kosztują. Niektóre droższe podzespoły zużywają się szybciej z powodu materiałów użytych do ich produkcji, które są lżejsze ale mniej wytrzymałe. Dlatego wysoka cena roweru czy jego elementów nie gwarantuje Ci ich samoczyszczenia. Jeśli będziesz systematycznie serwisował swój rower, nie ważne czy samemu czy w serwisie rowerowym, będzie Ci on posłużył długie lata, a Ty będziesz zastanawiał się gdzie jechać, a nie czym jechać :)

Kiedy więc najlepiej serwisować rower?
Serwis codzienny wykonujemy na bieżąco. Gdy nie korzystamy z roweru np zimą możemy pomyśleć o serwisie większych elementów. Często na początku drugiego kwartału roku serwisy rowerowe mają promocyjne ceny na serwis, z których warto skorzystać.

Dla osób, które nie lubią czyścić za często roweru polecam unikanie deszczu, błota i śniegu.



środa, 23 grudnia 2015

Zmiana garderoby! Rowerowy sezon jesień - zima uważam za otwarty!


Astronomiczna zima już jest! Za oknem jednak nadal króluje jesień. Czy to sygnał by zamienić rower na coś innego? Czy sezon rowerowy 2015 dobiegł już końca? Czym właściwie jest "sezon rowerowy"?


Dla mnie jest to pora roku. To od niej zależy jak używam roweru. Inaczej wygląda wyjście na rower w letnie popołudnie, inaczej w skrajnie zimny zimowy wieczór. Każda pora roku ma do zaoferowania coś wyjątkowego. Ważne jest by odpowiednio się do niej przygotować. Tak samo wychodząc z domu na spacer z psem czy idąc na przystanek autobusowy ważne jest by odpowiednio się ubrać. Jeśli potraktujemy rower jako wyjście z domu (chyba mało z Was jeździ rowerem po domu ;) ) to logicznym posunięciem będzie odpowiednia garderoba.

Jak zatem ubrać się na rower zimą?

Sklepy sportowe, stacjonarne i internetowe, pękają od ilości i rodzajów garderoby dla rowerzystów.
Jak wybrać tą odpowiednia?
Jakie ubrania wybrać?
Bawełniane?
Termiczne?
Dopasowane czy luźne?
Ile warstw na siebie ubrać?

To pytania ważne, a w odpowiedzi na te pytania pomocna będzie odrobina doświadczenia i otwarta głowa. Pamiętajmy, że jadąc rowerem jesteśmy cały czas w ruchu i nie potrzebujemy bardzo dużo ciepłych ubrań jak w przypadku spaceru. Poruszamy się non-stop. Nasze ciało jest w ruchu, a ruch to ciepło :) Rower zimą to jednak nie ćwiczenia crossfit i jest kilka punktów naszego ciała, o które trzeba zadbać szczególnie.

Ubrania bawełniane nie odprowadzają wilgoci. Nie ma nic gorszego jak jazda w mokrej koszulce, szczególnie zimą. Sam wybieram koszulki, bluzy, spodnie z materiałów sztucznych, które są dopasowane (nie mylić z opiętymi). Termiczne ubrania lepiej odprowadzają wilgoć, tak głosi każda reklama, która w tym przypadku nie kłamie. Różnica może być jedynie pomiędzy "tanimi" i "drogimi" materiałami - to już wypróbujcie sami. W swojej rowerowej szafie posiadam, zarówno ubrania "lepsze" jakościowo jak i takie "zwykłe", kupione w dyskontach. Uważam, że warto mieć trochę "lepszych" ubrań, ale na codzienne, szybkie przejażdżki dobre są też te "zwykłe". Rodzaj materiału zależy także od wilgotności powietrza. Będąc w tym roku w Maroko świetnie sprawdzała się koszulka bawełniana z długim rękawem, którą gdybym użył w naszym klimacie, to po 5 min byłaby mokra. Będę się jednak trzymał ubierania się w naszej strefie klimatycznej, jest mi ona bliższa.

Przez ostatnie kilka lat zauważyłem, że nie ma jednego przepisu na odpowiednie ubranie się. Każdy z nas potrzebuje innej termiki. Dlatego więc nie traktujcie poniższego tekstu jako wyznacznika czy gotowej instrukcji, a bardziej jako sugestie oraz informacje o tym jak ja przygotowuję się na zimowe wyjście na rower, na co zwracam uwagę i sami próbujcie jakich ciuchów potrzebuję Wasz organizm.

Najważniejsze dla mnie jest zapewnienie odpowiedniego ogrzania trzech punktów:


1. głowa
    Czapki używam nawet w chłodne letnie dni śpiąc w namiocie. Jeżdżąc na rowerze jesienią/zimą jest ona obowiązkowym elementem mojej rowerowej garderoby. Najważniejsze cechy to:
    • brak szwów,
    • na wysokości czoła i zatok materiał chroniący przed wiatrem,
    • szybkie odprowadzenie wilgoci,
    • powinna grzać, ale nie przegrzewać.
    2. dłonie
      Dłonie podobnie jak stopy wykonują bardzo niewiele ruchu podczas jazdy rowerem. Należy zapewnić im dobrą ochronę przed zimnem. Ja używam rękawiczek, które chronią przed wiatrem i dodatkowo grzeją. Zimowe zakładam, gdy temperatura schodzi do około 3-5°C. Pęd powietrza powoduje dodatkowe wychłodzenie organizmu więc przy temperaturze lekko powyżej zera jesienne rękawiczki wymieniam na zimowe.

      3. stopy
      Ostatnie zimy przejeździłem w zwykłych turystycznych butach SPD. Gdy robiło się zimno wymieniałem zwykłe wkładki na takie ze srebrną folią na grubym filcu. Do tego gruba skarpeta (lecz tak by stopa miała trochę luzu) i ochraniacze na buty chroniące przed wodą i wiatrem. W takim zestawie wytrzymywałem do 60 minut przy temperaturze -20 °C, po tym czasie stopy miałem już jak sopelki. To minus butów SPD, stopa nic a nic się nie rusza. Od zeszłego sezonu używam butów Specialized Defroster Trail. But jest wysoki, chroni przed wiatrem i deszczem w 100%, ale jego termika nie powala na kolana. Owszem jest cieplej, ale gruba skarpeta i tak musi być. Główną jego zaletą jest wodoodporność.

      Jakie spodnie? Jaka kurtka/bluza?

      Ważna częścią garderoby są spodnie. Najlepiej ocieplane i nieprzemakalne w jednym. Osobiście używam dość ciepłych, zimowych, rowerowych spodni, które naprawdę szybko odprowadzają wilgoć. Nie chronią jednak przed deszczem więc gdy pada zakładam turystyczne spodnie z membraną. Gdy jest naprawdę zimno nie gardzę też bielizną termiczną. W podstawówce było to siarą ;) teraz to albo starość albo zdrowy rozsądek albo zwyczajnie poczucie komfortu.


      A co z górą czyli tzw. korpusikiem? Wyznaję filozofię ubierania "na cebulkę". Niezależnie czy jeżdżę jesienią czy zimą mam na sobie trzy warstwy:

      • koszulka termiczna - rękaw krótki lub długi,
      • bluza - cieńsza lub grubsza (gdy jest bardzo zimno ubieram dwie bluzy),
      • kurtka - cieńsza lub grubsza, ale zawsze chroniąca przed wiatrem i wodą.
      Ostatnim elementem jest szyja. Chronię ją przed wiatrem i zimnem używając buffa, który mogę naciągnąć na tył głowy gdy bardzo wieje.

      Złota zasada

      Ubierz się tak, by po wyjściu z ciepłego domu było Ci troszkę chłodno.
      Podczas jazdy lepiej odczuwać lekki chłód niż się przegrzać.

      Kiedy będę wiedział, że jestem źle ubrany na zimowy rower?

      Jeśli po przejechaniu kilkuset metrów nadal jest Ci zimno, jeśli wiatr przeszywa Cię na wylot, ręce marzną i nie czujesz nóg - to znak, że ubrałeś się za cienko.
      Jeśli czujesz, że nadmiernie się pocisz to znak, że ubrałeś się za ciepło.

      Co zrobić gdy przemarzłeś na rowerze? 

      Gdy tylko wrócisz do domu zrzuć z siebie wszystkie ubrania. Ubierz suche, ciepłe, bawełniane ubrania. Dres, bluza, ciepłe skarpety i ciepła zupa lub chociaż herbata rozgrzeją Cię w kilkanaście minut. Gorący prysznic moim zdaniem nie jest zdrowy, gdy stopy mamy jak sople, lepiej rozgrzać się od środka.



      Nie znam lepszej metody niż eksperymentowanie, dostosowanie ubrań z głowa i testowanie na sobie.

      wtorek, 20 października 2015

      Nocleg na wyprawie rowerowej - nasz 5cio gwiazdkowy hotel

      Sen odgrywa bardzo ważną rolę w życiu każdego z nas. To podczas snu nasz organizm regeneruje się. Niedobór snu może prowadzić do:

      • zaburzeń nastroju,
      • utrudnienia skupienia uwagi,
      • spowolnienia reakcji,
      • spadku motywacji.

      Patrząc na sen od strony wypraw rowerowych jest on niezbędny do regeneracji sił. Wydajny organizm powinien być zdrowy, wypoczęty i pełen sił, a to można osiągnąć śpiąc wystarczającą ilość godzin. Tylko w dobrej formie fizycznej i psychicznej będziemy zdolni do pokonywania kolejnych odcinków trasy.

      Przeciętny człowiek śpi od 7 do 9 godzin w ciągu doby. Długość snu jest zawsze sprawą indywidualną. Podczas naszych wypraw śpimy tyle ile musimy. Tak by w dalszą drogę ruszać w pełni sił. Owszem są czasem sytuacje awaryjne. Wówczas musimy spiąć się i dostosować ilość snu to czasu jaki mamy, by np. dotrzeć z miejsca A do miejsca B.


      Na Islandii na sen przeznaczaliśmy średnio 8h w ciągu doby. Nie wyobrażam sobie czterech niewyspanych marud na rowerze, z których każdy jedzie aby jechać, jest opryskliwy i do tego nic mu się nie podoba ;) Wyprawa jest dla nas urlopem. To ją wybraliśmy jako formę odpoczynku od dnia codziennego i ona ma sprawić, że wypoczniemy :) Jak wypocząć podczas wzmożonej aktywności pytacie? Emocje i nastawienie potrafią zdziałać cuda :D

      Jako główną formę zakwaterowania wybieramy zawsze pięciogwiazdkowy hotel, czyli namiot który rozbijamy w najbardziej bajecznym miejscu jakie znajdziemy :) Tak też było podczas ostatniej wyprawy na Islandię. Zaplanowana, dzienna liczba kilometrów była wyznacznikiem szukania miejsca na sen. Jego odnalezienie zazwyczaj zajmowało od 2 do 10 kilometrów. W Norwegii często trawa była za wysoka, na Islandii trawy brakowało.

      Szukaliśmy więc miejsca, które:

      • będzie w miarę odsunięte od drogi,
      • będzie miało dostęp do wody pitnej,
      • podłoże będzie odpowiednie,
      • będzie osłonięte od wiatru.

      Czy namiot na prawdę jest taki super?
      Wszystko zależy od naszego nastawienia oraz pewnej otwartości.

      Zacznę od minusów:

      • po całym dniu pedałowania trzeba poświęcić czas na znalezienie odpowiedniego miejsca,
      • trzeba mieć zapas sił i chęci na jego rozstawienie,
      • nie ma wymówki, że pada, bo namiot sam się nie rozstawi.
      Na pewno każdy z Was jest w stanie dopisać jeszcze co najmniej 3 minusy nocowania pod namiotem, ale co z plusami?

      • to my, nie miejsce, decydujemy o tym jaki #widokzrana będziemy mieć,
      • przeszkadzają Wam głośni sąsiedzi? ruchliwa ulica? hałas? przejedźcie jeszcze 3 km i znajdźcie idealne dla siebie miejsce,
      • namiot to najtańsza, niezależna forma noclegu.

      Trzy minusy oraz trzy plusy są subiektywne, jeśli macie swoje powody "za" lub "przeciw" - piszcie śmiało!

      W sieci bez trudu wyszukać można poradniki o tym jak znaleźć idealne miejsce na biwakowanie. Są to praktyczne i logiczne wskazówki. Dobre rady nie zawsze znaczy idealne. Bliskość koryta rzeki z jednej strony zapewni dostęp do wody, z drugiej to wilgoć i hałas które nie są dobre. Jednak gdy mamy do wyboru:
      a) rozstawić namiot na trawiastej, płaskiej polanie czesanej przez islandzki wiatr
      lub
      b) biwakować w korycie rzeki, blisko skał które ochronią nas przed wiatrem
      Wybór dla mnie jest oczywisty.


      Dokładnie taką sytuację mieliśmy podczas drugiej nocy na Islandii. Po przejechaniu 76 km, gdy potrzebowaliśmy porządnej porcji snu po całym dniu zmagania się z silnym wiatrem, który nie opuszczał nas nawet o godzinie 20:00, zdecydowaliśmy, że obozowisko stawiamy w korycie rzeki, najbliżej brzegu i wysokich skał.

      O czym należy pamiętać biwakując pod namiotem:

      zgodność z prawem

      W Polsce legalnie biwakować można tylko w miejscach wyznaczonych lub na prywatnej posesji. Dlatego sprawdźcie przepisy panujące w kraju, do którego się wybieracie. Dla przykładu na Islandii panuje hasło "przyroda jest dla wszystkich" dlatego biwakować można wszędzie poza terenem prywatnym, na nim tylko za zgodą.


      bezpieczeństwo

      Duże skupiska ludzi bywają niebezpieczne, głośne i mogą zrobić psikusa. Dlatego im dalej od miasta tym lepiej, ale nie na polanie pełnej owiec, które swą ciekawością będą chciały podgryźć wszystko co mamy. Unikajmy spania na krawędzi, dosłownie i w przenośni.


      porządek

      To chyba w obawie przed jego brakiem w Polsce nie można biwakować na dziko. Uważa się, że ludzie z założenia są barbarzyńcami. A może nikt nas, polaków, nie nauczył, że na łonie natury jesteśmy gośćmi i musimy pozostawić ją taką samą dla następnych pokoleń, by te mogły cieszyć się nią w takim samym stopniu jak my?
      Tak samo sprawa się ma z ogniskami. W naszym kraju ich palenie dozwolone jest tylko w wyznaczonych miejscach i często musi być zgłoszone do najbliższej jednostki straży pożarnej. To brak umiejętności i zdrowego rozsądku prowadzi do pożarów. Małe kontrolowane ognisko, odpowiednio ugaszone a jego miejsce zamaskowane nie szkodzi. Wręcz przeciwnie, ogrzewa i daje możliwość przyrządzenia posiłku.
      Zostawmy po sobie porządek, a jeśli rozpalamy ognisko róbmy to odpowiedzialnie.


      Pięciogwiazdkowy hotel nie zawsze jest w zasięgu. Czasem wybieramy schroniska i kwatery prywatne. Lecz namiot jest numerem jeden i polecam go jako miejsce noclegowe!

      Kochacie swoje rowery prawda? Co więc zrobić z rzeczami i rowerem podczas naszego snu? Ten temat wkrótce na blogu.

      niedziela, 11 października 2015

      Szosa - pierwsze starcie


      Niedawno, z Kubą, rozpoczęliśmy nową przygodę... niektórzy twierdzą, że weszliśmy na kolejny poziom! My uważamy, że trzeba czegoś spróbować, żeby móc się wypowiedzieć na dany temat. :)
      Z początku byłem sceptycznie nastawiony do roweru na cienkich oponach i to praktycznie bez bieżnika!! Aczkolwiek już po pierwszej przejażdżce zauważyłem mnóstwo zalet kolarzówki, niestety wady też swoje ma.


      Po pierwsze: zupełnie inna kierownica, klamki od hamulców w pionie z zintegrowanymi przerzutkami - JAK TYM STEROWAĆ??!! JAK TYM JEŹDZIĆ??!! Pierwsze kilometry wyglądały przekomicznie, przechodnie na 100% zastanawiali się czy ja w ogóle potrafię jeździć na rowerze?!


      Po drugie: inna pozycja jazdy, a co za tym idzie, inaczej pracujące mięśnie. Już po kilkuset metrach poczułem, że moje uda i łydki pracują inaczej. Choć zaletą przełożeń w rowerze szosowym jest możliwość odczuwania bezpośredniego oddziaływania naszych mięśni na prędkość z jaką się poruszamy - wystarczy kilka obrotów korbą, a my już pędzimy 35 km/h.


      Po trzecie: nawierzchnia! No i tu zaczynają się schody. Rodzaj nawierzchni ma znaczny wpływ na komfort naszej jazdy. Każda dziura w jezdni, każda koleina, kostka brukowa, betonowe płyty oraz to coś dziwnego co widzicie na zdjęciu powyżej - wszystko odczuwamy w rękach, nogach i d**ie (siodełku).


      Temat jazdy na rowerze szosowym na pewno zostanie rozwinięty, oczywiście zaraz po tym jak my zgłębimy tajniki tego "surowego" przemieszczania się po świecie.

      Kędzior

      wtorek, 29 września 2015

      Islandia - uwagi i wnioski ogólne

      Garść uwag, mniej lub bardziej przydatnych.

      1) Pogoda

      Chyba najbardziej zaskakująca. Planując wyjazd, przygotowaliśmy się na ulewy. Ja swojego kompletu przeciwdeszczowego nawet nie rozpakowałem. Mieliśmy niesamowite szczęście, że trafiliśmy na samo słońce... błąd polegał na tym, że nikt nie zabrał kremu przeciwsłonecznego. Po kilku dniach każdy wyglądał jak syn indiańskiego wodza Jeżdżącego Z Sakwami.

      Podróżnik musi być przygotowany na częste zmiany ubrań na trasie. Podjazd - ściągam wszystkie warstwy do krótkiego rękawka. Wjechałem na górę - po minucie już mi zimno. I tak przez cały wyjazd.


      Aha, jeszcze jedno, na Islandii wieje. WIEJE. Choć podobno to, czego doświadczyliśmy to był lekki wiaterek. Jeśli planujecie wyjazd rowerowy, przygotujcie się na ciągły silny wiatr w twarz. Dobrze wiecie sami, jak potrafi to zmęczyć. Ponadto wiatr jest raczej zimny - jeśli słońce nie grzeje, to trzeba się szybko doubierać.

      W chyba najbardziej mroczny, pochmurny dzień, po wdrapaniu się na ostre podjazdy, przed zjazdem założyliśmy wszystko, co tylko mieliśmy ;)


      Wiatr, zgodnie z zasadą Murphy'ego, zawsze wieje w twarz. Podczas naszego wyjazdu mieliśmy jednak wyjątek potwierdzający regułę - w ostatnich dniach wyprawy złapaliśmy podmuch w plecy. Jakiej człowiek mocy nagle dostaje! 90km pyknęło jakby nic, nóżki jeszcze by kręciły!

      W czerwcu mieliśmy właściwie jasno całą dobę. Niepotrzebnie wziąłem lampę na przód - zbędna waga ;)

      Wnioski:
      - ubranie przeciwdeszczowe - koniecznie (nawet jeśli nie użyjesz)
      - odzież przeciwwiatrowa - koniecznie
      - krem przeciwsłoneczny - zalecane

      2) Sklepy i inne takie

      Na Islandii gęstość zaludnienia = 3 os/ km kw. Mało. O ile wodę na trasie znaleźć nietrudno (liczne rzeczki, źródła itd), to jeśli chodzi o jedzenie to trzeba już to zaplanować. Możliwości kulinarnych jest sporo.

      Chciałem tylko podkreślić, że na całodniowej trasie można nie znaleźć żadnego sklepu. Stacje benzynowe natomiast są bardzo dobrze zaopatrzone - od chlebów, poprzez batoniki i warzywa, po 2 kilogramowe steki.

      Mieliśmy przejeżdżać przez miasto Reykholt. Super - będą sklepy, może jakaś knajpka? Mhm. Dwa ronda, stacja benzynowa, szkoła i kilka domów. A miasto zaznaczone na mapie jako Duże.


      Na pewno jesteście ciekawi cen - Islandia jest droga. Jednak kupując kawę i hot-doga na stacjach (polecamy) płacicie jakieś 15 zł, czyli prawie jak na Orlenie ;). Przy okazji - kawę przygotowuje się na Islandii w dużych termosach. W większości miejsc płacicie za kubek. Nikt nie miał problemów z Wielką Dolewką ;).

      Wnioski:
      - sklepy są rzadkie
      - planuj jedzenie na najbliższe dni
      - zaszalej i kup lody w polewie czekoladowej na stacji


      3) Ruch drogowy oraz same drogi

      Baaardzo wysoka kultura jazdy. Wyprzedzanie drugim pasem, nawet jeśli w promieniu kilometra nie ma innego auta. Czekanie z wyprzedzaniem przed zakrętami i górkami. W terenie - auta zwalniają, żeby za bardzo nie kurzyć.

      Na Golden Ring ruch jest spory, wszak to główna droga dookoła wyspy. Jednak na podrzędnych drogach można spokojnie jeździć - ruch nie jest uporczywy.

      Nawierzchnia przyjemna, dziur w asfalcie niewiele. Często spotkać można kolarzy szosowych.

      Nieliczne miejsca z zakazem ruchu rowerowego, jak np. Hvalfjardargong - tunel pod fiordem na północ od Reykjaviku.

      Jeśli chodzi o offroad, to rowerowanie drogą F35 jest jazdą przez szutry i kamyczki. Właściwie brak trudnej nawierzchni. Poza śniegiem. Na naszej trasie mieliśmy kilka przepraw przez błoto pośniegowe. Należy to jednak traktować bardziej jako przygodę, niż przeszkodę nie do przebycia.


      Nasza pierwsza napotkana kałuża spowodowała niezłe opóźnienie. Chcieliśmy ją obejść. Nie dało się - piasek i kamienie wokół tylko wyglądają na twarde tylko pozornie. Jak się na nim stanie z rowerem i zbyt długo zastanawia, po chwili stoi się w błocku po kostki.

      Efekt był taki, że wszyscy zdjęli buty i boso przeszliśmy przez kilkumetrową kałużę ;)


      Wnioski:
      - na drodze nie ma się czego bać
      - podjazdy bywają strome, choć większym wyzwaniem jest pogoda (wiatr) niż sama droga
      - jeśli widzisz kałużę/rzeczkę na trasie przez interior, obejdź ją już z daleka - cały teren jest trochę podmokły

      4) Widoczki

      Widoczki pierwsza klasa. Islandia zachwyci wielbicieli przestrzeni. Odludne pustynie interioru z lodowcami w tle prezentują się naprawdę nieźle. Wybrzeża malownicze, choć surowe. Masa kolorowego ptactwa po drodze.


      Z atrakcji turystycznych odhaczyliśmy właściwie komplet - gejzer (woda na wysokość kilku metrów co 10 minut - super sprawa), wodospady Gullfoss ze stałą tęczą oraz gorące źródła, czyli siarczany wrzątek z ziemi.

      Wnioski:
      - zabierz ze sobą aparat


      5) Ludzie

      Ludzie przyjaźni. Wszędzie dogadasz się po angielsku. (o islandzkim się nie wypowiadam - brzmi to trochę magicznie ;)) W Reykjaviku zostaliśmy z Kędziorem wysłani na poszukiwanie sklepu. Zapytaliśmy pewnego pana, który grzebał przy samochodzie, jak do najbliższego dotrzeć. Pan wytarł ręce w szmatę, poszedł po kluczyki i chciał nas do sklepu podwieźć.


      Bardzo polecamy odwiedzić camping Hrefnubud Cafe. Miła obsługa, piękny widok i przyjemne miejsce. Pani podzieliła się nawet z nami swoim małym kremem przeciwsłonecznym ;).


      Wnioski:
      - poczęstuj gospodarza polską wódeczką - doceni


      Podsumowanie i wnioski ogólne:

      Wyjazd rowerowy na Islandię na pewno wymaga przygotowania i zaplanowania trasy. Na szczęście Radek dochodzi już do perfekcji w układaniu dziennych odcinków. Na naszym wyjeździe planowaliśmy dystans ok. 70km dziennie. Uważam, że to rozsądny dystans, który pozwala nie spieszyć się (3 posiłki dziennie + odpoczynki), a jednocześnie móc trochę wypocząć (wyjazd ok. 10 rano; koniec wczesnym wieczorem).


      Islandia jest miejscem typowego wypoczynku aktywnego - to raj dla amatorów 4x4 (nigdy nie widziałem takich dużych samochodów), turystyki pieszej oraz rowerowej. Gdybym miał spędzić tydzień w Reykjaviku - usechłbym z nudów ;). Wypożyczenie samochodu, aby chociaż objechać dostępne z asfaltu miejsca jest konieczne.


      Niestety, nie widzieliśmy wielorybów, fok ani maskonurów - do tych trzeba popłynąć. Także - jest jeszcze po co wracać!

      Kubuś

      piątek, 21 sierpnia 2015

      Nasz interior czyli pył, kamienie, śnieg i lodowce - Islandia 2015

      Z lotniska w Keflavík ruszyliśmy do Reykjaviku. Po 40 minutach podróży dojechaliśmy do centrum, a dokładnie do terminala autobusowego BSI. Przewożąc rower w samolocie niezbędne jest spakowanie go w obie strony. Brzmi banalnie, ale jest to ważne z logistycznego punktu widzenia. Skąd wziąć karton na drogę powrotną? Na Islandii bardzo pomogła nam Ewelina, która w swej piwnicy przechowała naszą makulaturę. Ba! Przyjechała po kartony na BSI i przewiozła do swojego domu, a następnie ugościła i przenocowała. Wypoczęci mogliśmy ruszyć z samego rana w naszą islandzką przygodę! Ewelina jesteś super, dziękujemy za pomoc!




      Naszą podróż zaczęliśmy drogą nr 1 tzw. Golden Circle, drogi prowadzącej wzdłuż wybrzeża wyspy. Jest to główna droga na Islandii, którą wielu rowerzystów wybiera za swoją trasę wyprawy. Dziwi mnie to ogromnie, gdyż droga (mimo iż czasem z poboczem szerokości 2 metrów) jest bardzo uczęszczana i jest na niej głośno. Nie rozumiem przyjemności z takiego podróżowania, ale każdy z nas, rowerzystów ma inne cele. My zjechaliśmy z niej po 260 km około 10 km przed miejscowością Blönduós.

      Był to moment, na który długo czekaliśmy i zarazem główny cel naszego wyjazdu. Zjazd z uczęszczanej asfaltowej drogi i początek drogi w kierunku interioru. Drogą 35 jechaliśmy przez cztery dni. Drogą bez asfaltu, bez samochodów, bez ludzi. Otaczała nas tylko przyroda i .... cisza :)


      Interior dzień pierwszy
      Zjechaliśmy z Golden Circle w boczną drogę nr 724 i zostawiliśmy asfalt za sobą. Wjechaliśmy w piękną dolinę, z pastwiskami, polami i jeziorem Svinavatn. Wreszcie ujrzałem wyczekiwaną islandzką przyrodę, poczułem ciszę i spokój. Konie biegające na otwartych przestrzeniach i jeszcze więcej owiec sprawiły, że poczułem się swobodnie i równie radosny jak one. W odróżnieniu od Norwegii wszystkie pastwiska były ogrodzone. Jedynie pojedyncze owce pokonywały ogrodzenie i biegały wzdłuż drogi. Jednak nie blokowały one całej szerokości drogi i można było jechać swobodnie przed siebie.


      Po 7 kilometrach jazdy zajechaliśmy do hotelu Húnavellir w nadziei kupienia chleba. Nie wiem czemu, ale moim współtowarzyszom towarzyszyła wieczna obawa o jego niedostatek ;) Było jeszcze przede sezonem więc w hotelu była tylko obsługa, od której dowiedzieliśmy się, że możemy mieć spory problem z pokonaniem zaplanowanej trasy. Droga 35 była jeszcze zamknięta. Z informacji jakie posiadała Pani manager wynikało, iż na trasie może jeszcze zalegać śnieg po szyję, a miejscami zalana wodą po pas... może ale nie musi. Co robić w takiej sytuacji? Zamówiliśmy cztery kawy i przy mapie rozważaliśmy jakie mamy opcje:
       
      • zmienić trasę - wiązałoby się to z wracaniem około 40-50 km tą samą drogą by następnie odbić na północ i "pokręcić" się trochę bez celu po wybrzeżu w oczekiwaniu na lot powrotny,
      • przetransportować się autobusem na północno-wschodni kraniec wyspy i jechać wzdłuż wybrzeża, lecz tu koszty były spore,
      • kontynuować trasę i w razie napotkania śniegu nie do pokonania zawrócić.
      Wygrała opcja numer trzy :) Nie ma co pękać, jesteśmy na wyprawie, co ma być to będzie.
      Podziękowaliśmy za kawę, ciasto, grzanki z serem, przepyszną pastę rybną i wszystkie inne smakołyki. Chcąc uregulować rachunek okazało się że był to poczęstunek od obsługi hotelu. Zrobiło nam się bardzo miło. Raz jeszcze podziękowaliśmy za posiłek oraz ostrzeżenie i ruszyliśmy przed siebie.

      Dzień zakończyliśmy dystansem 80 km na wysokość 500 m n.p.m. Na górze znajdowała się elektrownia wodna. Rozbiliśmy namiot nad jednym ze sztucznie utworzonych zbiorników wodnych. Podłoże w tym miejscu było bardzo kamieniste. Udało nam się znaleźć 3m2 trawy. Kuba z Kędziorem mieli pecha i przez około trzydzieści minut wykopywali spod namiotu kamień, który okazał się głazem wielkości sporej rowerowej sakwy. Ja z Marcinem mieliśmy jedynie dwa małe kamyki, które usunęliśmy w 5 minut. W trakcie rozbijania namiotów bardzo gęste chmury okryły nas niczym puchowa kołdra. Niestety wraz z nimi także wilgoć i zimno. Schowaliśmy się szybko do namiotów, spojrzeliśmy na jutrzejszy plan i zasnęliśmy.
      Zapowiedzianego śniegu i potoków wciąż nie było!


      Interior dzień drugi
      Pierwszy budzi się Tomasz. Jak zwykle punktualnie, niezawodnie, bez budzika, a może i miał budzik? Ja nigdy go nie słyszałem ;) Wytrwale bronię tytułu "Króla Drzemek" nadanego mi przez kolegów na poprzednich wyprawach :D Z relacji tego poranka wiem, że pogoda za połą namiotu nie zmieniła się od poprzedniego wieczoru. W gęstej mgle nie było sensu jechać. Widoczność ograniczała się do 10 metrów, słońce z trudem przedzierało się przez chmury. Nasz odpoczynek trwał więc dłużej.

      Od samego ranka w głowie każdego z nas krążyła jedna myśl
      "co nas czeka dalej?, dlaczego droga jest zamknięta?".
      Zatrzymaliśmy po drodze kilka samochodów jadących z południa na północ by dowiedzieć się co czeka nas dalej. Wszyscy zgodnie mówili, że droga jest zamknięta. Jeden młodzieniec w mini terenówce pokazał nad zdjęcie tablicy informującej o zakazie jazdy.
      Pogoda była idealna. Słońce przyjemnie grzało, wiatr wiał plecy, a my przyzwyczajaliśmy się do nieustających wybojów. Były one chyba spowodowane pracującymi amortyzatorami monster tracków, których w sezonie przejeżdża tędy pewnie tysiące. Swym kształtem przypominają ślady opon od traktora, tylko są poprzeczne a nie ułożone w jodełkę. Podczas całodziennej jazdy człowiek myśli nad różnymi rzeczami, nawet o podłożu, po którym jedzie.

      Po kilku godzinach dojechaliśmy do tablicy ze zdjęcia. Popatrzeliśmy po sobie, rozejrzeliśmy się dookoła wciąż wypatrując śniegu i wody, których... nie było. Napis na zakazie informował, że wjazd grozi grzywą, droga oficjalnie jest zamknięta. Ponoć droga miała być otwarta na dniach i właśnie kończono jej remont po zimie. Zaryzykowaliśmy i ruszyliśmy przed siebie.

      Na 20 kilometrze trasy, podczas postoju na punkcie widokowym spotkaliśmy terenowy samochód. Na drodze, która jest zamknięta więc trochę nam ulżyło, że nie tylko my trochę łamiemy prawo. Poznaliśmy przemiłą czeską parę i towarzyszących im dwóch szkotów. Otrzymaliśmy od nich kilka cennych wskazówek. Potwierdzili, że na trasie fragmentami zalega jeszcze śnieg, ale drogę da się przejechać. Spojrzeli na nas, na nasze rowery, na wodoodporne sakwy i pewnie powiedzieli, że tak przygotowani damy sobie radę w 100%. Wskazali na mapie fragmenty trasy, na których powinniśmy uważać. Dali nam również swoją mapę szlaku pieszego z zaznaczonymi Hytte (otwarte, ogólnodostępne domki dla turystów), gdzie mogliśmy przenocować pod dachem.


      Tego dnia problem sprawił nam tylko jeden grząski odcinek drogi, który finalnie pokonaliśmy pchając rowery.
      Nocowaliśmy na polu namiotowym Hveravellir, na którym trwały prace remontowe do zbliżającego się sezonu turystycznego. Jako, że mieliśmy własny namiot nie było problemu i rozbiliśmy się na kawałku polany. Był to pierwszy płatny nocleg na wyspie w kwocie 1200 Koron Islandzkich (około 35 zł) od osoby.
      Na terenie kempingu znajduje się kilka gejzerów, które można bezpłatnie oglądać. Dla regeneracji można skorzystać z kamiennego basenu z naturalnymi wodami termalnymi. My niestety za późno ogarnęliśmy regulację temperatury wody i w 100 stC pomoczyliśmy jedynie nóżki ;) A wystarczyło wrzucić rurę z zimną wodą do baseniku by nieco ostudzić wody termalne.

      Podsumowując miejsce, w którym byliśmy:
      - w cenie za nocleg otrzymaliśmy trawę bez kamieni pod namiot,
      - wrzątek do naszych liofilizatów,
      - możliwość obejrzenia gejzerów i wdychania niepowtarzalnego siarkowego zapachu,
      - możliwość skorzystania z naturalnego basenu termalnego.




      Interior dzień trzeci
      Tego dnia spotkaliśmy tylko jeden samochód. W ciszy i pięknej pogodzie pokonywaliśmy kolejne kilometry księżycowego krajobrazu. Po raz kolejny  przeprawialiśmy się przez rzekę pchając rowery do po osie w wodzie. Kilka razy zboczyliśmy z drogi celem ominięcia sporych zasp śnieżnych. Spotkani dzień wcześniej podróżnicy uprzedzili nas przed wielkimi płatami śniegu na trasie, które lepiej ominąć bokiem. Należy uważać na rzeki, które mogą znajdować się pod dużymi połaciami śniegu.


      Przez cały dzień, po obu stronach drogi, wpatrywaliśmy się w lodowce, które z każdym obrotem korby odsłaniały swoje kolejne wdzięki. Po prawej stronie lodowiec Langjökull, pod którym spaliśmy juz poprzedniej nocy. Jest to drugi co do wielkości lodowiec na Islandii. Po lewej stronie lodowiec Hofsjökull - trzecie co do wielkości.

      Tradycją naszych większych i mniejszych wyjazdów są "statystyki". Są one podawane w trakcie dnia, w połowie dnia i na koniec dnia. Tak naprawę zawsze spontanicznie i bez konkretnego celu ;) Czasem motywują, a czasem śmieszą. Tego dnia pokonaliśmy 50 kilometrów. Po bezdrożach, śniegu, grząskim podłożu, wodzie, z wiatrem i pod wiatr. To wszystko w ponad 7 godzin. W tym  czasie milczeliśmy, wypatrywaliśmy śniegu, śmialiśmy się i lepiliśmy bałwana :) Ilość kilometrów i czas nigdy nie są miarą tego co przeżyliśmy, ale nasze umysły lubią statystyki więc należało je podać :)


      Tego dnia planowałem dojechać do ogólnodostępnej Hytte. Rozłożyć śpiwór w małej chatce, rozpalić kozę lub kominek i spać bardziej jak w domu niż na biwaku. Niestety plan idealny legł w gruzach. Podczas planowania trasy wiedziałem, że będziemy musieli pokonać w tym miejscu rzekę. Nie wiedziałem tylko, a może nie pomyślałem o jakiej porze roku będziemy ją pokonywać, że nasze rowery to nie łodzie czy nawet pontony i głębokiej rwącej rzeki nie pokonają. Planując trasę na widoku satelitarnym mapy wyglądało to całkiem nieźle ;)
      Na szczęście jakiś islandzki skrzat czuwał nad nami i w miejscu niedoszłej przeprawy promowej była czynna restauracja z polem namiotowym. Niezwykle uprzejma młoda dama, która nas ugościła zrobiła nam przepyszną kawę z wielką dolewką. Kawa wypita przy stole, a nie na stojąco obok namiotu, to przyjemność jakiej od kilku dni nie doświadczyliśmy. Po jej wypiciu i zjedzeniu pysznej muffinki pogawędziliśmy  chwilę z właścicielką przy kieliszku polskiej wódki, zakąszonej polską suchą kiełbasą. Niesamowite jak lokalne specjały potrafią podtrzymać rozmowę. Zbliżała się północy i wszyscy byliśmy zmęczeni czas było udać się na spoczynek. Wcześniej jednak ostatnia przyjemność tego dnia, a mianowicie gorący prysznica! Niby mała rzecz, a cieszy :)


      Interior dzień czwarty
      Niezwykłe miejsce z bajecznym widokiem na jezioro Hvítárvatn i nieopuszczający nas lodowcem Langjökull to ostatni przystanek naszej drogi przez interior. Żegnamy się z przesympatyczną gospodynią, która mówi nam, że jesteśmy pierwszymi turystami, którzy w tym roku pokonali trasę z północy na południe, ba! jesteśmy pierwszymi rowerzystami którzy w 2015 roku przejechali interior! Tego się nie spodziewaliśmy i z lekko połechtanym ego i poczuciu, że jesteśmy SundayBikers jedziemy w stronę cywilizacji.

      Jeszcze na księżycowym podłożu spotykamy parę rowerzystów, którzy dopiero co zaczęli zostawiać ślady swych opon na tym kamienistym podłożu. Tym razem to my mamy informację o trasie, o śniegu i możliwych utrudnieniach. Mówimy w którym miejscu lepiej ominąć drogę łukiem, wymieniamy uprzejmości i żegnamy się z uśmiechem na twarzach.


      Meldujemy się na 600 m n.p.m. gdzie przekraczamy tablice informujące o zakazie wjeżdżania na drogę nr 35. Po kilku kilometrach zjazdu wjeżdżamy na asfalt, którym dojeżdżamy do jednej z większych naturalnych atrakcji wyspy, wodospadu Gullfoss. Zanim jednak zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle wodospadu musieliśmy przyzwyczaić się do ludzi, ogromnej ilości ludzi, zatrważającej ilości ludzi, a może te 4 dni i raptem kilka spotkanych osób spowodowało taką reakcję? Wodospad bardzo ładny. Można go podziwiać z kilku wyznaczonych miejsc. Wodospad to jednak nie wszystko....

      O tym co widzieliśmy , co najbardziej zapadło nam w pamięć przeczytać będzie można w kolejnym poście.